jo-landia

Odgruzowujemy je powolutku, głaszczemy każdą cegłę, kamień, z namaszczeniem podchodzimy do nadgryzionej
zębem czasu deski, belki czy okucia.
Nie jest naszym zamiarem stworzenie skansenu, ale marzymy o stworzeniu własnego, niepowtarzalnego miejsca,
gdzie chętnie będzie wpadać nasza dzieciarnia z wnukami, nasi przyjaciele.
Gdzie przydomowy warzywniak roztaczać będzie zapach ziół i kopru, gdzie dzieciaki będą mogły biegać na bosaka
(a uwielbiają !) i zrywać owoce prosto z sadu;
gdzie wiejski ogród będzie przypominał moje dzieciństwo z Podlasia, w którym nie zabraknie malwy, niezapominajki,
smagliczki, floksów, goździków brodatych, etc.
Będę zbierała grzyby, robiła przetwory, nalewki, ... a w międzyczasie dekoracje ślubno-weselne, bo bez tego jednak
nie potrafiłabym żyć.

środa, 7 marca 2012

Leśne ludki i sierściuchy

Komputer działa, zatem nadrabiam zaległości, a winna jestem od dawna opowieść o naszych kotach.



Jesienią dostaliśmy kociaki, zabiedzone, kichające i dzikie. Wizyty u weterynarza, aplikowanie leków to było olbrzymie wyzwanie, Bronek - oswojony, pieszczoch, ze złapaniem go nie było żadnego problemu, natomiast Bolek - bardzo płochliwy, w domku lubił wygrzewać się przy piecu a jakże, ale nie dał się do siebie zbliżyć, uciekał, chował się. Na czas pierwszej kuracji (odrobaczenie, kocia grypa) na szczęście mogłam zostać na Mazurach i serwować tabletki, zakraplać ślipka; miałam "pielęgniarkę" do pomocy, niemniej kilka dni przed końcem kuracji "pielęgniarka" wyjechała i miałam cykora, jak dam sobie radę. Co prawda Boluś już się nieco oswoił, tj. tchórzliwy był nadal, ale jak go złapałam sposobem, to dawał za wygraną i ulegał poddając się moim pieszczotom. Natomiast złapanie go nie było łatwe; w domku ogrodnika często przesiadywały w łazience na podgrzewanej podłodze, małe pomieszczenie, bez zakamarków, tu mogłam go bez większych przeszkód dopaść.

Prychały i kichały jeszcze dłuższy czas, ale po kolejnej kontroli u lekarza było już wszystko w porządku, Boluś nie skakał po ścianach, czego się obawiałam; podróż autem koty zniosły b. dobrze (oczywiście w klatce).
Wyzdrowiały, wypiękniały, urosły. Boluś już rozpoczął polowanie na myszy.

Koty w tygodniu miały przebywać na siedlisku same, bo my generalnie weekendowi gospodarze, zatem karmienie odbywało się w oborze, tam też z kostek słomy zbudował im małżonek domek noclegowy. Przez dolny otwór  wentylacji (wyjęłam dwie cegły) wydostawały się na zewnątrz i z zewnątrz do środka.
Wszyscy wokół zapewniali nas, że koty poradzą sobie przez te kilka dni naszej nieobecności, mamy znajomych, którzy czasami mogą do nich zajrzeć. I wszystko grało. Koty karmiły się z dozownika, piły z dozownika, witały nas radośnie, gdy wracaliśmy na siedlisko, wygrzewały przy piecu dniem, by miały co wspominać podczas naszej nieobecności, jak to skwitowała owa "pielęgniarka". Nie rozpieszczaliśmy ich, bo miały być to koty samodzielne, charakterne, waleczne. Nie powiem, że nie bolało mnie serce, jak odjeżdżaliśmy, ale oswajałam się z sytuacją. Dozowniki się sprawdzały, jedzenia niejednokrotnie jeszcze zostawało. Boluś zaczął się wypuszczać na łowy poza obręb domostwa, ale wracał dość szybko.

Przyjechaliśmy późnym wieczorem w piątek. Nawoływania "kicia, kicia" , Boluś, Bronuś nie skutkowały, koty nie przybiegły, było zbyt ciemno na poszukiwania. Następnego dnia rano okazało się, że poukładana w oborze pryzma drzewa do palenia runęła. Ściana polan zaległa klepisko.
- Pewnie koty są pod tym drewnem. - oznajmił mąż.
- Niemożliwe . - skwitowałam
- Aż sie boję porządkowania. Pomożesz mi!
- Wykluczone! - odparowałam. - One nie mogły aż tak harcować, musiało się coś złego wydarzyć, bo dla mnie to wygląda na jakąś bitwę.
- No nie wiem - rzekł małżonek wychodząc do obory.
Krzątałam się nerwowo po domku zerkając co rusz na drzwi obory.
Kotów nie było, ani żywych, ani martwych. Uff.

Przyjeżdżamy w następny weekend, oczywiście Bolka i Bronka ani śladu. Smutno bez nich. Zajęłam się przygotowywaniem obiadu, chłop krząta się przy stodole. Woła mnie i krzyczy żebym wzięła aparat.
No i wyjaśniło się - nasze koty stoczyły walkę z kuną. Mąż łażąc po sąsieku ze słomą wypłoszył ją i przycupnęła na belce wystraszona. Niesympatyczna, wredota wręcz, niemiłe stworzenie i tyle.


Fama o zaginięciu kotów rozniosła się po wsi. Okazuje się, że nasze koty uciekły do domostwa niedaleko wsi, mijamy je po drodze. Bolka czy Bronka widziała tam nasza sąsiadka, która doskonale je znała, robiła im zdjęcia. No i co? Nie możemy ich zabrać skoro mamy tę cholerną kunę, czas leci, koty przyzwyczaiły się do innego gospodarstwa ...
Wiemy, że trafiły w dobre ręce.
I na tym koniec. Już nam rają następne kotki ... na stracenie? Kuna ma się dobrze, choć jej nie widujemy, to wiemy, że jest. Nawet sikorkom słoninę ukradła!


Znalezione na podwórzu, w następnym tygodniu zniknęło, wiadomo gdzie ...

Dziwne ślady na dachu starej chaty
Tyle z zaległych opowieści.

Wiosny na Mazurach ani widu, ani słychu, choć podobno żurawie już przyleciały.
Ziemia zmrożona, grzebać w niej jeszcze się nie da, o porządkach wiosennych trzeba zapomnieć, ale i tak ostatni wyjazd poczuliśmy w mięśniach i kręgosłupie. Ku zdrowotności.

Pozdrawiamy serdecznie - leśne ludki nr 2, tak na nas mówią we wsi, leśne ludki number one to nasi sąsiedzi zza miedzy (w końcu byli tu pierwsi)

Idzie wiosna

Przepraszam, ale mam problemy z moim kompem, nie chce współpracować ani z Google, ani ze mną. Piszę z laptopa męża, czego nie będę komentować ...

Jeździmy na siedlisko, harujemy, efekty niewidoczne. Ale jest nadzieja. Wychylają łepki przebiśniegi, ponoć przyleciały żurawie ... niemniej nasza Finlandia nadal mrozem szczypie w uszy, złowrogo świszcze wiatrem ...
Marzymy coraz śmielej, o wiośnie, o zlocie rodzinki na Wielkanoc, o lecie pełnym warzyw, ziół i kwiecia. Zobaczymy.

Fotki na moim laptopie, zatem póki co nie będzie, innym razem.
Pozdrawiam podczytujacych mój blog - jolanda

sobota, 11 lutego 2012

Urwanie głowy

Urwanie głowy, dosłownie.
Zakupiłam dziwną partię gliny, sprawia niesamowite kłopoty, ale dopiero przy wysychaniu prac się okazało, że mocno ściąga i figurki pękają ... a mi serce. Nasza Mentorka Instruktorka ma obawy co do wypalania.

Ulepiłam cudnego anioła, który już stracił głowę i skrzydła, nie do uratowania. Bardzo się nad nim napracowałam. Stoi na półce niczym antyczna rzeźba z wykopalisk, na wzór, bo będę chciała takiego anioła zrobić, dla czwartego, jeszcze nie narodzonego wnuczka (już wiadomo).




Dla Egretty chciałam ofiarować gęś, ale ta, którą dla niej wypracowałam, moczy się w kubasku, znikła. Oczywiście zrobię następną bądź ofiaruję z białej szamotówki, która już się wysuszyła i czeka na wypalenie w piecu.



Ciupeńkie ptaszki wyschły idealnie, ale na nich mniej mi zależało.



Dla nastarszego syna, a właściwie synowej, ponieważ urządzają nowy dom (moderna z nowoczesnymi wnętrzami) poczyniłam dość awangardowego ptaka, będzie biały lub stalowy, jeśli i jemu głowa się nie urwie.



To tyle moich utrapień, pomijając fakt, że ten weekend spędzamy w wawce.

Słonecznej i mniej mroźnej soboty i niedzieli  życzę - jolanda


wtorek, 7 lutego 2012

Nie święci garnki lepią ...

Ponad tydzień na mroźnych Mazurach to czas palenia i podtrzymywania ognia w piecu by było ciepło (niby prosta sprawa, ale tego też trzeba się nauczyć - jak, kiedy i co podkładać by ogień grzał, jak go utrzymać by wyjść na kilka godzin etc.), delektowania się zimową scenerią i namiętnym lepieniem z gliny.

To nie Jo-landia, to Finlandia - mawia mój małżonek i ma rację. Siarczysty mróz na szczęście nie był dotkliwy, bo pogoda była bezwietrzna i słoneczna, noce gwiaździste i jasne, a trochę pobiegałam sobie między lepieniem z gliny u sąsiadki a paleniem w piecach w swoim siedlisku. Melodycznie skrzypiał zmrożony śnieg pod butami, nozdrza nieprzyjemnie sklejały się od mrozu przy każdym wdechu, zwalniałam kroku bo brakowało mi tchu (skąd ten pośpiech?) a ścieżka na skróty przez pola była niczym biegun polarny, po kilku dniach było łatwiej, bo się udeptała. Stara puchowa kurtka (pies ganiał alergię, na powietrzu pierze mnie jakoś nie uczula), barchanowe bazarowe spodnie, buty "po nartach" (te jakieś markowe, dawny prezent od małżonka, teraz takich by nie kupił, priorytety się zmieniły) ... pod tym wiadomo - cebulka, na koszulki, golfiki jakiś sweterek wełniany (też uczula, ale za to cieplutki - w mieszkaniu staram się go zrzucić), ciepłe skarpety, rękawiczki, getry - i zima nie straszna. Na wsi wszystko inaczej wygląda, ja też.

3 lutego minął rok, jak oglądaliśmy siedlisko. Ta rocznica okazała się ważniejsza niż nasza 35. rocznica ślubu, a może to taki wspaniały prezent na tę okoliczność?

Mizianie przez zachodzące słoneczko okolicznych pagórków - powiedzonko sąsiadki:







Niebywałe rzeżby roślinne stworzył mróz na sadzawce:











W domku ogrodnika stolarz przymiarza nowe schody, które wkrótce zamienią naszą starą drabinę:



Rzeźby z gliny to dzieła trzech zapalonych dziewcząt, niestety nie było naszej mentorki instruktorki artystki, która wcześniej nadzorowała nasze poczynania, podpowiadała, pomagała. Co powie?
Pracowałyśmy na trzech rodzajach gliny, część zdjęć z wyrobami świeżymi, jeszcze nie wysuszonymi. Po wypaleniu część zapewne pomalujemy, choć mi osobiście b. podobają się takie surowe - jedne białe, drugie mają być koloru wypalonej gliny, trzecie cegły szamotowej.

Baranki:


Irokez

Irokez








Alpaka, a może lama?



Ptactwo:
















Moherowe berety:







Damesy:









Zabawa z gliną była przednia i myślę, że to nie koniec.

Serdeczności ślę dla tych, co wytrwali do końca - jo-landa

czwartek, 26 stycznia 2012

Przywołanie wiosny



Wiosenne życzenia od wnuczka, wiadomo, na Dzień Babci, obudziły moje pragnienia i zmysły ... wspomnienia fiołków z siedliska, cebulicy w sadzie, pierwszej wiosny na naszych Mazurach.

Ostatnio od dalszej sąsiadki dostałam w prezencie filiżankę i serduszka (Julitko, serdeczne dzięki !). Dzielę się tymi uroczymi drobiazgami z Wami, bo ręczne robótki to rarytas.
Kubas z talerzykiem to również prezent, specjalnie na siedlisko, od przyjaciółki z Kalisza (Ewuniu - buziam !).







Mazurska zima to bardzo cicha pora roku, u nas nawet szczekania psów ze wsi nie słychać. Cieszymy się tą ciszą absolutną, pracy sporo mniej niż wiosną czy latem,  dzień krótki, wieczorami dużo leniuchujemy, ładujemy akumulatory.

Moje smętne słoneczniki dalej stoją na miedzy:








Na siedlisku mamy trzy uroczyska.
1/  U stóp wierzb przy wjeździe małe bajorko, które zostało pogłębione. Żal mi gąszczu wokół niego, bo zostało wszystko wycięte, ale był nie do opanowania, latem  dżungla chaszczy, pokrzyw i innego zielska nie dopuszczała do źródełka.

2/ Nie mamy jeszcze żadnego planu co z drugim fantem począć, latem wygląda podobnie jw.

3/ Spory, podłużny staw w końcu działki, obrośnięty olchami, nie zarybiony, wiosną wokół żółciły się kaczeńce.




Uroczysko nr 1

Uroczysko nr 3



Spokojnie czekamy do wiosny, bo planów dużo i nie wiadomo co porządkować w pierwszej kolejności. Skupiamy się póki co bliżej domostwa. Starej chałupy na razie nie ruszamy, bo to skarbonka, poza tym trzeba rozważyć wiele opcji, z drugiej strony liczna rodzina latem chętnie by wpadała, a tu dwa pokoje i walący się strop w sieni, pozostałe pomieszczenia totalna ruina.


W pamięci mamy obraz siedliska sprzed roku i dziś sami nie możemy nadziwić się zmianami. Zatem któż to wie czego uda nam się dokonać do lata "pracą u podstaw".

 A może największą radością jest dzieło tworzenia?
Ciepło pozdrawiam tych co trzymają kciuki za nasze wyzwanie
jo-landa