Odkąd powstałą wyspa w letniej kuchni, ze zlewem, ciepłą wodą i wszelkimi wygodami, życie siedliskowe przeniosło się całkowicie do "bawialni". Letnia kuchnia podbiła moje serce. Jeszcze w październiku robiłam w niej przetwory, choć wieczory już były naprawdę chłodne. Jeszcze nie do końca dopieszczona, ale fantastyczna, bo przestronna, praktyczna, nie trzeba latać z mopem i ściereczką do przecierania śladów po pomidorach, buraczkach, bitej śmietanie itp. Gotowanie na "żywym ogniu", wędzenie, wypieki w piecu chlebowym - to jeszcze eksperymenty, ale smaki niepowtarzalne. Pod ręką mam dodatkowo
kuchnię elektryczną, też starą, ale świetnie piecze. Głównie to mój mąż obsługuje wędzarnię, piec, grilla i kuchnię na drewno; on smaży ryby (z naszego stawu), pilnuje pieca podczas pieczenia pizzy, chleba czy potraw jednogrankowych. Zapachy unoszą się po okolicy, głównie za sprawą świeżych warzyw z ogrodu, które są niesamowicie aromatyczne i bardzo smaczne.
Zaczęła nas pasjonować sztuka kulinarna. Otworzyłam się na nowości, wcześniej moja kuchnia zdominowana była potrawami tradycyjnymi.
Ale odnośnie pichcenia przygotuję osobny post.
Tymczasem tyle.
Następny post może o ogrodzie i trudnym lecie 2018?



















